Dawno mnie tak nic nie denerwowało. Może raczej, dawno mnie tak wszystko nie denerwowało, dawno mi tak wszystko nie przeszkadzało we wszystkim. Dawno nie byłam taka zła i dawno nie było mi tak nieprzyjemnie bez powodu. Widzę teraz, że wszystko jest nie tak. Nie, nic mi się nie podoba. Mam dość i nie mam ochoty na nic. Jestem świadoma, że sama sobie tworzę niedogodności, właściwie planuję je z wyprzedzeniem. Kolejny powód, żeby być złym. Nie potrafię znajdować słów dla moich myśli w żadnym języku, nie potrafię nic powiedzieć.
Próbując zminimalizować ten paskudny fluid, przypominam sobie o tym, o czym ostatnio myślałam. Czy jeśli z każdym kolejnym dniem przychodzi mi na myśl, że za nic nie chciałabym cofnąć czasu nawet o minutę, to znaczy że robię wszystko tak jak trzeba? Że wszystko jest w porządku, że jest dobrze, że jestem w najlepszym momencie dotychczasowego życia? Teraz w tej sekundzie też nie chciałabym donikąd wracać, niczego cofać, ani sekundy. Teraz przyszło mi do głowy, że może to wcale nie świadczyć o niczym dobrym, a wręcz przeciwnie, że ciągle dzieje się coś, czego nie chciałabym przeżywać drugi raz, coś od czego chcę uciec szybko i co przeszkadza mi chcieć wracać, żeby przypadkiem nie musieć przeżywać tego jeszcze raz. Nie wiem, ale właściwie to i tak to nie ma znaczenia, wszystko jedno.
To banał, ale serio czas leci tak szybko. No tak, do niczego wracać nie chce, ale to nie znaczy, że nie chciałabym zatrzymać siebie w teraźniejszości, bo chciałabym. Odkrywam, że nienawidzę przyszłości, nienawidzę tego, do czego zawsze zmierzam, wszystkich celów. Najcudowniejsze i najmniej straszne co istnieje, to czekać. Nie chcę spełnienia planów, nie chcę rozczarowania, ani tęsknoty za nimi. Dużo więcej przyjemności (czy, jak w niektórych przypadkach, dużo mniej nieprzyjemności, jeśli chodzi o rzeczy których literalnie nie chcę albo się boję, ale to chyba oczywiste, tryb warunkowy 0 i nic w tym wyjątkowego) sprawia mi samo myślenie o celu, niż jego dosłowne realizowanie, wypełnianie, po prostu robienie tego, o czym wcześniej myślałam. Mam miliard planów, zewnętrznie myślę "chciałabym już tego, nie mogę się doczekać", wewnętrznie proszę czas, żeby zwolnił bez względu na to czy to na co "czekam" ma być przyjemne, czy nie. Nie wiem czy to powszechne zjawisko, czy prokrastynacja sięgnęła poziomu niekontrolowanego strachu przed nieodłożeniem czegoś na przyszłość. Odkładanie, niechęć do tych czynności, które gdyby życie było tekstem, to było by napisane pogrubioną albo powiększoną czcionką, żeby je odróżnić od codziennych rzeczy niewymagających planowania, wykonywanych tylko dlatego, że nie da się nie robić nic. I nie chodzi mi o te wszystkie zupełnie trywialne rzeczy, o których po tygodniu, czy dwóch nie pamięta się już wcale, tylko o to na co czeka się naprawdę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz